O autorze
Psycholog dziecięcy i rodzinny, psychoterapeuta. Wykładowca w Strefie Młodzieży SWPS. Redaktor Naczelna magazynu dla rodziców "Gaga".

Szkolne sklepiki - czy to wystarczy w wojnie z otyłością u dzieci?

W sejmowym expose Ewa Kopacz zapowiedziała zakazanie sprzedaży "śmieciowego jedzenia" w szkołach od 1 września 2015 roku. Yes, yes yes! Z całego serca jestem ZA, ale nie wiem, czy to wystarcza, byśmy przestali "hodować“ pokolenie grubasów?

Co roku trwają bezsensowne dyskusje o tym, co sklepiki mogą sprzedawać, a czego nie, a prawda jest taka, że ograniczenie asortymentu szkolnego do tak zwanych zdrowych produktów powoduje „śmierć“ sklepiku. Dlaczego? Bo polskie dzieci mają fatalne nawyki żywieniowe (co piąte jest otyłe). Chcą kupować żelki, paluszki, chipsy, nie chcą kanapek ani jogurtów. Bleee. Zdrowe znaczy niedobre. Nudne. Obciachowe.

9-latki śmieją się, że Kasia z 2B, która przynosi do szkoły dziwne placki z kaszy. Ktoś komentuje, że jej rodzina jest stuknięta, a tata ma kolczyk na języku. 10-letni Damian odmawia lunch box‘u z sałatką i razowym z hummusem i kolendrą, bo ktoś pyta, czy jest chory, że przynosi takie jedzenie do szkoły. Kasia nie chce być ze stukniętej rodziny a Damian nie chce, by myślano, że na coś choruje. Nie stoją w kolejce po precelki, bo nie dostają kasy od rodziców, wiec w konsekwencji nie jedzą nic. Tak zwane „fajne“ dzieci kupują na przerwie popularnego batona lub chrupki z cebulą. A więc hasło „zdrowa żywność“ w sklepikach szkolnych straszy. To problem numer jeden.

Problem numer dwa to Rodzice. Są wściekli na szkołę, a sami jedzą śmiecie. Mówią „nie kupuj tego g... w szkole“, a nadal syty obiad w rodzinie to schabowy smażony na głębokim smalcu, ziemniaki puree z masłem i śmietaną (szydzę, ale sama kocham), nagradzają słodyczami i celebrują w tak zwanym Macu. Dziecko słyszy co innego niż widzi. Nie ma więc szans zinternalizować zasad i uwierzyć w zasadność zdrowego jedzenia w takim stopniu, by bez obecności dorosłego hamować apetyt na słodycze i niezdrowe przekąski. Nie je, gdy rodzic patrzy. W szkołach natomiast jako pierwsze ustawia się w kolejce do sklepiku. Zasady obowiązują tylko wtedy, gdy ktoś o nich przypomni i ktoś kontroluje. Ten Ktoś to nie ono samo..


Problem numer trzy to biznes. W Raporcie magazynu Gaga Monika Węgrzyn pisze “w szkołach jest około 4,5 mln uczniów. Niech każdy z nich co-dziennie wyda złotówkę w sklepiku szkolnym. Rok szkolny trwa około 180 dni. Oznacza to, że rynek jest wart prawie 200 mln zł”. Polska Federacja Producentów Żywności zapewne będzie przeciwko pomysłom pani Kopacz. Nikt nie kontroluje umów między ajentami a szkołą, do tej pory jedynie prezydent Warszawy wydała zarządzenie z listą towarów rekomendowanych szkolnemu sklepikowi, której posługiwanie się jest sprawą dobrowolną. Czasami mądra Dyrekcja postawi wymóg ajentowi, ale za chwilę usłyszy od rodziców na zebraniu, że ogranicza się prawa dziecka do wyboru sposobu żywienia i pytanie, czy niedługo przepis będzie również ingerował w to, co rodzic wkłada dziecku do pudełka do szkoły (czy to aby zły pomysł?).

Nie jestem ortorektyczką (wręcz za rzadko czytam etykiety), nie podpadam również pod fitoreksję (biegam, jem zdrowo, ale popełniam żywieniowe grzechy), sama walczę z nadmiernym jedzeniem w swoim domu od lat, ale serce mnie ściska, gdy słyszę, jak gruby 10-latek wyznaje mi, że nie chodzi na wf, bo wstydzi się rozebrać. Gdy 11-latka szlocha, że nienawidzi swojego ciała i przykrywa je (już!) czarnym kolorem, które za chwilę zamieni się w “namiotową modę czyli jestem bezkształtną masą w czymś przypominającym worek”.
Ktoś komuś za chwilę powie, że ma gruby tyłek lub że ona nie powinna nosić spódnic, bo nie ma kostek. Ten z grubym tyłkiem i ta bez kostek zapamiętają to na całe życie.

Dzieci otyłe nie chcą żyć w grubych ciałach. Jak będą dorosłe zdecydują, czy wolą rozmiar 36 czy 42 (bo fajna pupa i biust). Ale dzieci zdrowe, aktywne nie powinny mieć nadwagi. Chcą skakać, biegać, ścigać się i rozbierać w szatni bez skrępowania. Chcą myśleć o swoim ciele tylko w kategoriach ciekawości poznawczej, która pozbawiona negatywnych uczuć pozwoli im spokojnie dojrzewać i przyjmować oznaki dorosłości bez obrzydzenia i wstydu. Większość badań wskazuje, że dzieci otyłe mają niską samoocenę i zaburzony obraz własnego ciała.
W okresie dorastania mają trudności z akceptacją swojej płciowości, a potem seksualności. Trudno jest żyć z otyłością, nie zwracając na nią uwagi.

Wiem, tak było zawsze. Ale w każdej klasie było kiedyś kilkoro dzieci z nadwagą, w szkole przeważały jednak na przerwach chudziaki w jeansach granatowopodobnych (jeden fason i każdy się mieścił). Nie było takich przerażających statystyk rosnącej z roku na rok nadwagi i otyłości wśród dzieci i młodzieży. Rozmawiajmy o śmieciowym jedzeniu, sklepikach, inicjatywach społecznych, kampaniach prozdrowotnych, ale… zacznijmy od zajrzenia do własnej lodówki i głowy. Czy wiem, jak żywić swoje dziecko? A jeśli wiem, to dlaczego postępuję inaczej? Co mnie powstrzymuje? Czy coś komuś wynagradzam? Czy może myślę, że jeśli mu odmówię, to sprawi mu to ból i rozczaruję go? Wreszcie, dlaczego nie umiem znosić rozczarowywania swojego dziecka? A może powód jest jeszcze gdzieś indziej? Bierzmy więc powód pod lupę. Potem zaplanujmy, co zjemy w najbliższym tygodniu. Sporządźmy listę zakupów, na której umieścimy też dobre produkty. Wreszcie zacznijmy jeść zdrowo. Nigdy nie jest za późno na zmianę.

Ps. Mój syn jeszcze nie wie, że jutro zabierze do szkoły kanapkę, którą precyzyjnie o 6.30 zapakuję w folię aluminiową, a ja wezmę na klatę jego rozczarowanie, że nie dostanie pięć zeta ☺
Trwa ładowanie komentarzy...