Renee Zellweger, coś Ty zrobiła?!

Musze to napisać, mimo iż wszyscy o tym trąbią. Mimo głosów o tym, byśmy zajęli się poważniejszymi sprawami . Muszę, bo moje serce zostało złamane po raz drugi (pierwsza była Meg Ryan). Renee Zellweger, coś Ty zrobiła?!

Czy jestem zdziwiona (dobrze, że moje nienabotoksowane czoło pozwala mi się jeszcze dziwić)? Tak, jestem. Bridget Jones, która kojarzyła się z Renee była dla mnie telewizyjnym przykładem na na to, że bycie naturalną jest piękne. Że można popełniać błędy i to jest słodko-śmieszne. Można mieć złamane serce i skrobać w desperacji stary ser. A bycie grubym różowym króliczkiem jest kobiece i zabawne. Czyżby?
Dlaczego nie zauważałam drastycznego chudnięcia Renee po ostatnim filmowym klapsie? Braku innych brawurowych ról? Zmęczenia byciem tylko Bridget? Bo chciałam w to wierzyć, jak miliony kobiet na świecie, że Renee to Bridget, a Bridget to Renee. Zwykła dziewczyna, jak ja. Zapomniałam o Hollywood. Coraz bardziej podobnym do naszego. Gdzie kolejna gwiazda staje się copy paste poprzedniej. A wszystkie wyglądają jak napompowane chomiki.



Zastanawiam się, co się z nami dzieje, kobietami. Czy żyjemy w tak rozbuhanej machinie oczekiwań wobec własnego wyglądu, że tracimy racjonalność myślenia? Czy hiperkult chudości i młodości sprawia, że każdy rok przyprawia nas o palpitacje serca? Czy tak bardzo wpływają na nas retusze okładkowe i znane koleżanki, których twarze zatrzymały się na dwudziestym piątym roku życia? Czy nadal wierzymy „naturalnym sesjom“, gdzie celebrytki przekonują nas, że miały odwagę pokazać się bez make-up’u, a gołym okiem widać, że to ściema?
Wierzymy w to? Serio?!

Wierzymy, bo chcemy. Bo się boimy. Nienawidzimy starości jak zły bezdomnego psa. Starość jest samotna. Starość nie ma przyjaciół. Starość jest wędrówką donikąd. Starość dla kobiety jest KOŃCEM. Wszystkie nas powoli ogarnia senecofobia.

Czy nie równoważy tego fakt, że mamy bliskie, pełne akceptacji relacje? Kochających facetów? Miłość i zachwyt dzieci? Świetne przyjaciółki? Że czytamy i chodzimy do teatru, a nasze życie jest coraz częściej fajne? I coraz częściej jest fajne po trzydziestym, czterdziestym roku życia, gdy chaos we łbie nam się uspokaja? Gdy wreszcie czujemy, że ta baba w środku zmądrzała, bardziej świadoma jest i spokojna? Niby tak. Cenimy mądrość, ale jeszcze bardziej, gdy wychodzi z obstrzykniętych ust, które przeszły proces „rewitalizacji“...

Zapominamy, że oprócz młodości, mamy przede wszystkim tożsamość.
Podstawowy wyróżnik, jaki ma każdy człowiek. Coś, co określa jego odrębność i niepowtarzalność.. Ta tożsamość wyryta jest na naszych twarzach, w naszej ekspresji mimicznej. Każda zmarszczka jest wspomnieniem i każda jedna jest pieczątką naszego indywduum. Wyprasowane jesteśmy identyczne. Tracimy swoje „Ja“. Tak jak Renee straciła swoje Zellweger.
Trwa ładowanie komentarzy...