W takie CUDA wierzę

Cud to cud. Historia Kayli, która poruszyła cały świat, może i zawiera element cudu, ale przede wszystkim to dowód na to, że czasami nie mając wpływu na los, możemy go zmieniać.

Co jakiś czas wzrusza nas CUD.

Ktoś przeżył mimo, że nie dawano mu szans. Ktoś przebudził się ze śpiączki po wielu latach. Ktoś wygrał los na loterii. Myślimy wtedy o tym niewidzialnym palcu, który steruje naszym życiem. Palec, los, przeznaczenie. Cud.



Cud rozumiany jako coś zewnątrzsterownego, czego w żaden sposób nie kontrolujemy. Czasami wierzymy tylko w modlitwę. I na tym nasz ludzki wpływ się kończy.
Parę lat temu, mając lat 12, Kayla dowiedziała się, że choruje na stwardnienie rozsiane. Już wtedy intensywnie uprawiała sport, a jednak chwilę później całkowicie straciła władzę w nogach. Dzięki wielomiesięcznemu nowatorskiemu leczeniu czucie w nogach wróciło, ale tylko wtedy, gdy utrzymywana jest chłodna temperatura jej ciała.

Kayla postanowiła wrócić do trenowania, a jej ukochanym sportem stały się biegi długodystansowe. Niestety wraz z osiąganą prędkością jej organizm rozgrzewał się, a nogi odmawiały posłuszeństwa i Kayla upadała.

Na szczęście spotkała na swojej drodze trenera, który wiedziony siłą walki dziewczynki postanowił jej pomóc. Razem wymyślili taki sposób trenowania, który pozwala jej kontynuować bieganie nawet wówczas gdy traci czucie w nogach. Trener jest tą osobą, która łapie ją na mecie, gdy traci władzę w nogach. Obraz tego jest tak wzruszający, że zapiera dech w piersiach.

Kilkunastoletnia zaledwie dziewczyna walcząca ze stwardnieniem rozsianym staje się jedną z najlepszych młodych biegaczek długodystansowych w kraju. To nie cud. Więc co?

Po pierwsze Kayla. Taka, jaka jest. Odważna. Zdeterminowana. Optymistyczna i pełna nadziei. Mająca osobiste poczucie wpływu na własne życie. Mądra mądrością starca, który rozumie, że nie dopisze sobie kolejnych stu lat życia, ale wykorzysta te, które zostały. Kilka. Kilkanaście. Może więcej. Skupiona na pasji, by nie dzielić życia na „przed“ i „po“. Życie to tu i teraz. W tym wymiarze Kayla to cud.

Po drugie rodzice. Kayla wspomina o ich bezgranicznej wierze, że uda jej się pokonać chorobę. Uczących, że ograniczenia są głównie w nas, nie w sytuacji. Rodzice, którzy swoją wiarą i wsparciem zbudowali w dziecku wielką siłę i nadzieję. To także ich cud.

I trener. Dobry dorosły, którego spotkała ta niezwykła dziewczynka. Trener, który początkowo nie lokował w niej ambicji zwycięzcy, tylko zwyczajnie chciał pomóc choremu dziecku w spełnianiu marzeń. I nie poddawał się, widząc jej gigantyczną motywację i wdzięczność. Ich wspólne trenowanie z czasem zamieniło się w przyjaźń. I to jest kolejny cud w życiu Kayli.

W takie cuda wierzę najmocniej, bo to człowiek staje się ich sprawcą. To przywraca mi sensowność naszych działań nawet w beznadziejnych pozornie sytuacjach.

Bo to nie jest cud losu, ale cud człowieczy. Fenomen tego, że możemy nie mogąc. Nie mając szans, odzyskujemy je. Wyszarpujemy od losu owe cuda. A do tego niezbędne są zawsze wiara i drugi człowiek.

Na koniec anegdota o żabach, którą kiedyś usłyszałam:

Pewnego dnia dwie małe żabki skakały po ogrodzie i wpadły do stojącego tam słoja ze śmietaną. Słój był wielki, a jego ścianki bardzo śliskie. Żabki ze wszystkich sił próbowały się wydostać, wdrapywały się, podskakiwały, jednak nadaremnie.

Jedna z nich zniechęcona próżnym wysiłkiem zrezygnowała i utonęła. Druga jednak za nic w świecie nie chciała się poddać i skakała jak opętana. Wydawało się, że za chwilę padnie ze zmęczenia. Nagle jednak pod wpływem jej ruchu, w śmietanie zaczęły tworzyć się drobne grudki masła, które po pewnym czasie zbiły się w większą bryłę, na tyle twardą, by stanowić oparcie. Uparta żabka odbiła się od niej i wyskoczyła na zewnątrz. Uratowała się.

Cud losu czy sprawczość żabki? - zdecydujcie sami.
Trwa ładowanie komentarzy...