Wstrętny pajac kompleks

Byłam wczoraj na finale tegorocznej edycji „Mam talent“ (mam w domu małych fanów tego programu). I powiem szczerze, że byłam totalnie zaskoczona profesjonalizmem finalistów! Mam wrażenie, że z roku na rok poziom amatorski zaczyna pokrywać się z poziomem mistrzowskim. I bardzo dużo mówi to nowym pokoleniu Polaków.

Z edycji na edycję obserwuję młode talenty, które zgłaszają się do przeróżnych talent-show: to głównie dwudziestolatkowie. Pokolenie kolejne po moim, ale jakże od niego inne. Młode, świetnie przygotowane, wytrwałe i pewne siebie. Nie widzące wielkich różnic miedzy pochodzeniem wiejskim a wielkomiejskim. Nie budujące kompleksów na porównaniach, że posiadam mniej, a miejscowość, w której mieszkam ledwo mieści się na mapie Polski. Jestem, jaki jestem i gram o trzy razy TAK.



Jednocześnie czytam na ich temat, że są „straceni lub złamani“. Nikt ich nie nauczył pracowitości, a wzrastali w skrajnym dobrobycie. Rodzice ich olali, bo zajęli się kreowaniem owego dobrobytu, a do tego - tworząc relacje w internecie - są emocjonalnymi popaprańcami. Nie mają wzorców, więc są zagubieni i grozi im depresja, a wręcz próby samobójcze. Hę?

Patrzę na tych młodych ludzi i mam dysonans. Są zdeterminowani, niezwykle pracowici, słuchają, bo chcą się rozwijać i być coraz lepsi. Nie interesują ich lokalne kariery, celują w poziom międzynarodowy. Przyjeżdżają do nas z Europy albo Stanów Zjednoczonych, gdzie podglądają najlepszych w swoim fachu. Konstruują własne samoloty, projektują kreacje na występy. I co najważniejsze.. nie boją się oceny.

Znudzona mina jurora w talent-show nie łamie im kręgosłupa, pochlipią trochę, a potem mówią, że wrócą za rok. Może się mylę, ale to my, trzydziestolatkowie, zamykamy się na tydzień w domu po negatywnej ewaluacji w pracy, ba dostajemy depresji po głupiej plotce na swój temat. Konkursy omijamy szerokim łukiem, bo a nuż okazałoby się, że jest ktoś lepszy. A dla nas lepszy nie znaczy „muszę pracować nad sobą więcej“ tylko „jestem do niczego“.

Biję we własne gniazdo? Może. Po prostu patrzę na tych młodych „arogantów“ i im zazdroszczę. Mimo fali krytyki o ich niedojrzałości, zachłanności i słomianym zapale. Bo jako psycholog wiem, że wysoka samoocena, silne poczucie sprawstwa i wiara we własne możliwości sprawiają, że człowiekowi żyje się lepiej.

I tak doszliśmy do słowa - kompleks. Słowa, które nic nie znaczy w sensie merytorycznym, a jakże wiele w praktycznym. Nasza pokoleniowo-kulturowa zaraza. Podszept niższościowy, który niszczy najlepsze pomysły i zabiera najlepsze talenty. Mały wewnętrzny krytyk, który zjadliwym tonem ocenia nasze działania jako gorsze, byle jakie, żadne. Wstrętny pajac, który zabiera nam radość życia i samospełnienia.

Pokolenie dwudziestolatków ma w dupie pajaca. Chwyta go za gardło i i skręca mu kark sprawnym ruchem, którego nauczyli się na YouTube, gdzie ich rówieśnik ma swój prywatny kanał i edukuje świat, jak żyć bez kompleksów. Ja oglądam ten sam film i nie mogę przebić się przez niezrozumiałą dla mnie metaforę kpiny i arogancji. Dobrze i źle. Źle, bo nie ukręcę skutecznie szyi własnym kompleksom, dobrze, bo nadal lepiej rozumiem przesłanie Pana Cogito.

Dla tego pokolenia talent nie czeka tylko na wydziale prawa lub akademii medycznej. Nie przelicza się go w liczbie posiadanych języków ani certyfikatach zagranicznych szkół. Fajnie jest znać angielski i do tego hiszpański, świetnie, gdy uda mi się załatwić Erazmusa. Ale prawdziwy talent może być na wyciągnięcie ręki. W tym, że lubię gotować. W odbijaniu piłki barkiem. W gibkości ciała. W umiłowaniu magii.

Powoli rozumiemy, że każdy sukces zaczyna się od pasji. Od tego, że kochamy to, co robimy. Patrzyłam wczoraj na scenę i nie mogłam oderwać wzroku od tych młodych ludzi ewidentnie zakochanych w swoich talentach. Nie w sobie, w swoich talentach.

Myślę, że w tym tkwi różnica między nami a nimi. Myśmy grali o staż, a oni grają o świat. My mamy więcej pokory, oni więcej wiary we własne możliwości. My mamy plany długoterminowe, oni patrzą na jutro i pojutrze. My mamy znaki zapytania, oni - wykrzykniki.

Ciekawa jestem, jak szybko my - zaprawieni w boju, ale nie oczekujący oklasków stażyści - zostaniemy zepchnięci do roli rozdziawiającej usta ze zdumienia widowni.
Trwa ładowanie komentarzy...